"Biebrza Trophy w obiektywie bronka" - dzień 5
Poprzedniego dnia, postanowiliśmy zostać na miejscu przez jeszcze jedną noc.
I znów nastał wschód. Jak to napisaliśmy w naszej bieżącej relacji, wstał piękny niezdjęciowy poranek. O taki właśnie jak poniżej.

I znów próbowałem odnaleźć spokój w kadrze z poprzedniego dnia ;-)

Potem typowe zdjęcie z kulką, jednak kulka tym razem, jak to zwykle bywa była niecyfrowa... I jak to zwykle bywa w takich wypadkach wyszła w paski...bleeee ;-)

Kadr bez kulki, jakiś taki nijaki mi się wydał... a odbicie i tak się wyżerało...

Bez większego przekonania, popróbowałem jeszcze innych kadrów... ale coby nie zanudzić ewentualnych czytelników, podam tylko poniższy przykład i powiem, że bezskutecznie ;-)

W międzyczasie Jerz wpakował się na dach szafy, chcąc zapewne uzyskać sensowniejszy punkt widzenia. Ciekawe czy mu się to udało. Za to Seba odpuścił krajobrazy i poszedł fotografować ptaszory. Słusznie zresztą uczynił. Te gąski, które być może widzieliście w relacji, to Seba popełnił. ;-)

Ja wyzwoliłem taką jeszcze taką poczwarkę...

I już można było udać się w spokoju na kawkę, a krótko potem wyruszyć... bo do przepłynięcia mieliśmy troszkę... Na godzinę 8 rano dnia następnego umówiliśmy się z Rumcajsem w Jagłowie. Postanowiliśmy pożegnać się z tratwą i pojeździć trochę na łosie. Przyczyny tej decyzji były co najmniej dwie. Pierwszą i najważniejszą przyczyną było spotkanie z łosiami naszego pierwszego dnia. Zapewne każdy miał w pamięci boskiego, uchachanego łosia z miną Kobuszewskiego, którego popełnił Rysiek Sąsiadek. A pierwsze spotkanie z łosiami dawało jakąś nadzieję na ciekawe ujęcie. Drugą przyczyną był wysoki poziom wody w rzece i za niski dla naszej szafy most w Jagłowie. Musielibyśmy tratwę przewieść na lawecie i zwodować za mostem. A operacja ta wymagała by ponownego wypakowania i zapakowania całej tratwy. Było to ponad nasze siły ;-)
Tak więc szybkie śniadanko i ruszyliśmy. Pogoda w ciągu dnia zdecydowanie się zepsuła, i znów zaczął wiać wiaterek. Wiaterek ten czasem zmuszał nas do maksymalnego wysiłku, zwłaszcza przy pokonywaniu kolejnych zakrętów. Zdarzało się, zwłaszcza gdy źle oceniliśmy, którędy płynie nurt i gdzie tworzą się wiry, że prosty z pozoru zakręt pokonywaliśmy przez pół godziny. Poł godziny uwijania się na pełnych obrotach. Czasu na zdjęcia, nie było. Tak, że nawet odpuściliśmy spotkanemu po drodze bobrowi. Po dalsze szczegóły zapraszam do naszej wspólnej relacji.
W końcu dopłynęliśmy do Jagłowa. Postanowiliśmy zaparkować szafę na samym początku wsi, w miejscu dającym jeszcze nadzieje na poranne zdjęcia jeśli wschod zdecydowałby się wystąpić.
Przygotowałem sobie kadr na wschod, wyobrażając sobie jak będą wyglądać te drzewka otoczone delikatną mgiełką, podświetlone wschodzącym słonkiem, odrealnione i piękne. Ta.... nadzieja matką głupich...

O zachodzie, na chwilę zamigotała nam kulka i pojawiło się jakieś światełko nadzieji...

Seba poszedł fotografować dziki, jednak z całej naszej trójki tylko Jerz potrafił wykorzystać tę chwilę nadzieji... I popełnił takiego wypasa.
Wszedłem jeszcze na dach szafy z chęcią już tylko udokumentowania miejsca postoju, bo po obejżeniu Jerzowego zdjęcia nawet na fatalnym ekraniku jego Canona, opadły mi skrzydełka ;-)

I nastał koniec dnia. Ciąg dalszy relacji mam nadzieję wkrótce...
I znów nastał wschód. Jak to napisaliśmy w naszej bieżącej relacji, wstał piękny niezdjęciowy poranek. O taki właśnie jak poniżej.

I znów próbowałem odnaleźć spokój w kadrze z poprzedniego dnia ;-)

Potem typowe zdjęcie z kulką, jednak kulka tym razem, jak to zwykle bywa była niecyfrowa... I jak to zwykle bywa w takich wypadkach wyszła w paski...bleeee ;-)

Kadr bez kulki, jakiś taki nijaki mi się wydał... a odbicie i tak się wyżerało...

Bez większego przekonania, popróbowałem jeszcze innych kadrów... ale coby nie zanudzić ewentualnych czytelników, podam tylko poniższy przykład i powiem, że bezskutecznie ;-)

W międzyczasie Jerz wpakował się na dach szafy, chcąc zapewne uzyskać sensowniejszy punkt widzenia. Ciekawe czy mu się to udało. Za to Seba odpuścił krajobrazy i poszedł fotografować ptaszory. Słusznie zresztą uczynił. Te gąski, które być może widzieliście w relacji, to Seba popełnił. ;-)

Ja wyzwoliłem taką jeszcze taką poczwarkę...

I już można było udać się w spokoju na kawkę, a krótko potem wyruszyć... bo do przepłynięcia mieliśmy troszkę... Na godzinę 8 rano dnia następnego umówiliśmy się z Rumcajsem w Jagłowie. Postanowiliśmy pożegnać się z tratwą i pojeździć trochę na łosie. Przyczyny tej decyzji były co najmniej dwie. Pierwszą i najważniejszą przyczyną było spotkanie z łosiami naszego pierwszego dnia. Zapewne każdy miał w pamięci boskiego, uchachanego łosia z miną Kobuszewskiego, którego popełnił Rysiek Sąsiadek. A pierwsze spotkanie z łosiami dawało jakąś nadzieję na ciekawe ujęcie. Drugą przyczyną był wysoki poziom wody w rzece i za niski dla naszej szafy most w Jagłowie. Musielibyśmy tratwę przewieść na lawecie i zwodować za mostem. A operacja ta wymagała by ponownego wypakowania i zapakowania całej tratwy. Było to ponad nasze siły ;-)
Tak więc szybkie śniadanko i ruszyliśmy. Pogoda w ciągu dnia zdecydowanie się zepsuła, i znów zaczął wiać wiaterek. Wiaterek ten czasem zmuszał nas do maksymalnego wysiłku, zwłaszcza przy pokonywaniu kolejnych zakrętów. Zdarzało się, zwłaszcza gdy źle oceniliśmy, którędy płynie nurt i gdzie tworzą się wiry, że prosty z pozoru zakręt pokonywaliśmy przez pół godziny. Poł godziny uwijania się na pełnych obrotach. Czasu na zdjęcia, nie było. Tak, że nawet odpuściliśmy spotkanemu po drodze bobrowi. Po dalsze szczegóły zapraszam do naszej wspólnej relacji.
W końcu dopłynęliśmy do Jagłowa. Postanowiliśmy zaparkować szafę na samym początku wsi, w miejscu dającym jeszcze nadzieje na poranne zdjęcia jeśli wschod zdecydowałby się wystąpić.
Przygotowałem sobie kadr na wschod, wyobrażając sobie jak będą wyglądać te drzewka otoczone delikatną mgiełką, podświetlone wschodzącym słonkiem, odrealnione i piękne. Ta.... nadzieja matką głupich...

O zachodzie, na chwilę zamigotała nam kulka i pojawiło się jakieś światełko nadzieji...

Seba poszedł fotografować dziki, jednak z całej naszej trójki tylko Jerz potrafił wykorzystać tę chwilę nadzieji... I popełnił takiego wypasa.
Wszedłem jeszcze na dach szafy z chęcią już tylko udokumentowania miejsca postoju, bo po obejżeniu Jerzowego zdjęcia nawet na fatalnym ekraniku jego Canona, opadły mi skrzydełka ;-)

I nastał koniec dnia. Ciąg dalszy relacji mam nadzieję wkrótce...
Etykiety: Biebrza, Biebrzański Park Narodowy, BPN, Tratwy


Komentarze (0):
Prześlij komentarz
<< Strona główna