Przyroda w obiektywie bronka - blog

Tak własciwie to nie wiem czy ten blog tak na poważnie kiedyś zaistnieje, ale zawsze można spróbować :-)

Moje zdjęcie
Nazwa: Andrzej Waligora

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

"Biebrza Trophy w obiektywie bronka" - dzień 6

Jakoś tak szybko nastał nasz ostatni wschód na tratwie. Ani się obejrzeliśmy, a tu koniec. Cztery noce na tratwie. Aż cztery i tylko cztery. Zdjęciowo nasz wypad na tratwę był delikatnie mówiąc pozbawiony wypasów, za to bardzo udany pod każdym innym względem. Do powtórki w przyszłym roku. Najchętniej jeszcze trochę wcześniej, na początku marca może.
Jak zwykle już, mgły o wschodzie nie wystąpiły. Tym samym kadry wymyślone poprzedniego wieczoru zostały tylko w wyobraźni. Zawsze to coś. Tylko jak długo w niej pozostaną....Mam nadzieję, że chociaż ta relacja pozwoli mi raz na jakiś czas do nich powrócić...

Wracając do wschodu, kulka wstała taka ostra, że nawet patrzeć w jej stronę się nie chciało :-( Pozostało więc znów zawalczyć się z lodem. Zdjęcia wiosenne... tfu... Pole bitwy wyglądało mniej więcej tak:



Zacząłem od prostej, wręcz szkolnej, kompozycji na rozgrzewkę...



Potem wprowadziłem nieco bałaganu ;-)



Spróbowałem też czegoś delikatniejszego...



Tu trochę wysoki punkt widzenia, ale jakoś nie bardzo miałem ochotę się położyć...



Jeszcze tylko to zdjęcie i czas wracać na tratwę.



Jerz popłynął jeszcze kanadyjką sprawdzić co słychać w turzycach, które zostawiliśmy jakiś czas temu za sobą... Miał nadzieję na wypasy, wrócił bez sukcesów zdaje się...



W tym czasie z Sebą przygotowaliśmy tratwę do drogi. Dość szybko ruszyliśmy, bez KAWY nawet.
Podczas płynięcia podałem na chwilkę komórkę Jerzemu, z prośbą o zdjęcie, aby wysłać MMSa do Rodziny. Do relacji nawet jakość okazała się w miarę wystarczająca. Płyniemy wzdłuż rozespanej jeszcze wsi Jagłowo.




O tym co robiliśmy od zakończenia rejsu, można poczytać w naszej relacji, więc nie będę się powtarzał.
W skrócie: pakowanie tratwy na lawetę, finalne rozliczenie z Rumcajsem (pozytyw) w Kopytkowie, przejazd w okolice gdzie mieliśmy zostać jeszcze dwie noce, zakupy pieczywa i mleka w Goniądzu, śniadanko na Carskiej Drodze, mycie w zimnej ale bieżącej wodzie w agroturystyce, spanko, poszukiwania łosiów w okolicach Carskiej Drogi, zdjęcie do relacji... Nietęgie mamy na nim miny, bo z łosiami wyszło delikatnie mówiąc średnio...



Na ostatnią chwilę zachodu pojechaliśmy na kładkę o wdzięcznej nazwie Długa Łuka.
Nie ustrzegłem się popełnienia oczywistego kadru z drzewkiem, kadru, który jest tak narzucający się, że z pewnością popełnia go spora część odwiedzających Długa Łukę. W tym zdjęciu nie ma nic z bronka... no może poza tym, że prezentuje on typowy kryzys tfurczy fotografa zmęczonego prawie bezskutecznym, poszukiwaniem owego wrednego magicznego łosia. ;-)



Dlaczego Długa Łuka tak się nazywa? Tego nie wiem... że długa to przynajmniej widać poniżej, ale co to jest ta Łuka? Kładka może??? Pojęcia nie mam. W każdym razie wypadało zrobić zdjęcie. Ustawiłem kadr i wyzwoliłem... Czegoś mi jednak ewidentnie brakowało w tym zdjęciu... Tak brakowało łosia na kładce...niezwlekając zbyt długo rozgościłem się w kadrze i poprosiłem Jerza o wyzwolenie migawki...



I wróciliśmy do naszej agroturystyki.... Nastawieni na poranne łosie, ale o tym już w dalszej części relacji....

Etykiety: , , , ,

niedziela, 20 kwietnia 2008

Biebrzański Park Narodowy - drugi całkowicie pozbawiony światła dzień

W sobotę wschód słonka nie wystąpił... znaczy pogoda nie zachęciła do wstania.
Dopiero śniadanko wygoniło nas z łóżkek. Po śniadanku krótka inspekcja, celem weryfikacji, zapasów... Jest dobrze - jedzenia starczy jeszcze na parę dni :-)



Potem niespiesznie, jako że pogoda wcale nie zachęcała do zdjęć, ruszyliśmy w drogę.
Dość szybko spotkaliśmy mojego chyba pierwszego w życiu łosia przy Carskiej Drodze....


Widok zatrzymanego na drodze pojazdu, wcale owego osobnika nie przestraszył, niestety zapewnił nam błyskawicznie towarzystwo..... Owo towarzystwo z krzykiem oznajmiło, że będzie tego łosia podchodzić.... resztę pozostawię bez komentarza.... Podjechaliśmy kawałek dalej... tak w sumie to nie wiem dlaczego wyzwoliłem migawkę.... chyba zupełnie mnie ta cyfra pozbawiła szacunku dla zdjęć i widza...


Następnie nie przejmując się zupełnym brakiem światła udaliśmy się fotografować tokujące bataliony w okolicach Grądów Woniecko... Jak pech to pech... bataliony postanowiły totalnie zignorować bronka (pewnie dlatego ze do tej pory totalnie bronek je ignorował) i nie wystąpiły w ilościach mających jakiekolwiek znaczenie kulinarno-fotograficzne.
Wciąż nie przejmując się brakiem światła, postanowiłem za to wyzwolić trochę żółtych kwiatków...

O tu jeszcze torche Knieci rosnie:


Jeszcze kilka kadrów raczej niż zdjęć popełniłem, coby mi Komorowscy nie truli, że pionów nie robie, a więc najpierw pion jasny...


i zaraz po nim pion ciemny


W końcu, i jakiś marny batalion się ulitował i wystąpił... W nagrodę został uwieczniony w stylu "otoptak"


W drodze powrotnej coś mnie podkusiło i skręciłem na jedna taką łakę.... skończyło się ponad godziną wygrzebywania pojazdu z błotka. Bezskutecznego zresztą wykopywania... dopiero jakiś życzliwy fotograf ptaków (wziąwszy pod uwagę totalny brak światła, zapewne równie szalony lub przynajmniej zdesperowany) wyholował nas z błotka... Dzieki!!!

Następnie pojechaliśmy na miejsce gdzie rozciągał się ponoć najlepszy widok na BPN. Widok ten mimo braku światła postanowiłem dla nie tylko dla pamięci uwiecznić ;-)


Wreszcie wracamy na kolację.... już Carska Droga... już coraż bliżej jedzonka... jednak wciąż wypatruję łosi... W końcu widzę jakieś wychodzą na drogę... krzyczę STOP!... wysiadam z aparatem, rozglądam się za statywem... Taaaaak... ewidentnie ktoś tu był łosiem :-)


Powinienem w tym miejscu skończyć i napisać coś o kolacji może... albo nie... jeszcze jedno zdjęcie zrobione troszkę przed posiłkiem...zrobione bardziej ku pamięci by kiedyś przy porządnym świetle tam wrócić... może za rok?


Na dziś koniec relacji... a wracając do kolacji... była wyśmienita... :-)
c.d.n.


Etykiety: , ,

sobota, 19 kwietnia 2008

Biebrzański Park Narodowy - pierwszy lekko mglisty dzień

Wreszcie się udało! Pojechałem do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Wprawdzie praca i obowiązki rodzinne dość mocno skróciły mój wyjazd, ale wreszcie zobaczyłem BPN i jego okolice.

Pierwszy poranek nad Biebrzą - wschód wystąpił, mgły wystąpiły, słoneczko już nie za bardzo...
Za to wschód był bardzo przyjemny, uwielbiam mokre powietrze i blade delikatne mgły...
Zdjęć dużo nie zrobiłem, niech więc te wystarczą....

Widok na Jegrznie z drewnianego mostku w pobliżu wsi Kuligi


Jak zwykle lubie takie drzewka, gdzieś na łące gospodarzy,
na granicy BPN


I znów widok na Jegznie w pobliżu wsi Kuligi.


Takie bledziochy też bronek lubi... Okolice wsi Kuligi BPN.


Po bezkulkowym wschodzie przyszedł czas na pyszne śniadanko u Gospodarzy w Kuligach.
Pyszna jajecznica zrekompensowała całkowicie wczesne wstawanie i totalny brak kolorów o wschodzie.
Po śniadanku udaliśmy do Osowca na Ścieżkę edukacyjną "Kładka". W najbliższym sąsiedzctwie ścieżki edukacyjnej swoje gniazdo budowała parka remizów.
Podejzewam, że remizy nie wytrzymaja psychicznie najazdu długo-weekendowych tłumów i wkótce wyniosą się z gniazdem poza ścieżkę. Na początek zdjecie w sumie gniazdowe, ale zważywszy na miejsce jego wykonania - nie widzę powodów, aby go nie pokazywać:


Następnie udaliśmy się w okolice Goniądza, gdzie pod obiektyw napatoczyły się jakieś bociany. Oczywiscie światła nie było, ale jakieś zdjęcie zrobić było trzeba w końcu pojechałem fotografować ptaki...[sic!] :-)


W drodze powrotnej drogę przebiegł nam obiekt o nieco większym od ptaka znaczeniu kulinarnym, jednak w porównaniu do kartaczy, którymi uraczyła nas gospodyni znaczenie kulinarne kicka dość mocno się rozmyło...


Wspomnienie ogromnej michy przepysznych kartaczy powoduje, że muszę natychmiast udać się na spoczynek....

c.d.n.

Etykiety: ,