"Biebrza Trophy w obiektywie bronka" - dzień 6
Jakoś tak szybko nastał nasz ostatni wschód na tratwie. Ani się obejrzeliśmy, a tu koniec. Cztery noce na tratwie. Aż cztery i tylko cztery. Zdjęciowo nasz wypad na tratwę był delikatnie mówiąc pozbawiony wypasów, za to bardzo udany pod każdym innym względem. Do powtórki w przyszłym roku. Najchętniej jeszcze trochę wcześniej, na początku marca może.
Jak zwykle już, mgły o wschodzie nie wystąpiły. Tym samym kadry wymyślone poprzedniego wieczoru zostały tylko w wyobraźni. Zawsze to coś. Tylko jak długo w niej pozostaną....Mam nadzieję, że chociaż ta relacja pozwoli mi raz na jakiś czas do nich powrócić...
Wracając do wschodu, kulka wstała taka ostra, że nawet patrzeć w jej stronę się nie chciało :-( Pozostało więc znów zawalczyć się z lodem. Zdjęcia wiosenne... tfu... Pole bitwy wyglądało mniej więcej tak:

Zacząłem od prostej, wręcz szkolnej, kompozycji na rozgrzewkę...

Potem wprowadziłem nieco bałaganu ;-)

Spróbowałem też czegoś delikatniejszego...

Tu trochę wysoki punkt widzenia, ale jakoś nie bardzo miałem ochotę się położyć...

Jeszcze tylko to zdjęcie i czas wracać na tratwę.

Jerz popłynął jeszcze kanadyjką sprawdzić co słychać w turzycach, które zostawiliśmy jakiś czas temu za sobą... Miał nadzieję na wypasy, wrócił bez sukcesów zdaje się...

W tym czasie z Sebą przygotowaliśmy tratwę do drogi. Dość szybko ruszyliśmy, bez KAWY nawet.
Podczas płynięcia podałem na chwilkę komórkę Jerzemu, z prośbą o zdjęcie, aby wysłać MMSa do Rodziny. Do relacji nawet jakość okazała się w miarę wystarczająca. Płyniemy wzdłuż rozespanej jeszcze wsi Jagłowo.

O tym co robiliśmy od zakończenia rejsu, można poczytać w naszej relacji, więc nie będę się powtarzał.
W skrócie: pakowanie tratwy na lawetę, finalne rozliczenie z Rumcajsem (pozytyw) w Kopytkowie, przejazd w okolice gdzie mieliśmy zostać jeszcze dwie noce, zakupy pieczywa i mleka w Goniądzu, śniadanko na Carskiej Drodze, mycie w zimnej ale bieżącej wodzie w agroturystyce, spanko, poszukiwania łosiów w okolicach Carskiej Drogi, zdjęcie do relacji... Nietęgie mamy na nim miny, bo z łosiami wyszło delikatnie mówiąc średnio...

Na ostatnią chwilę zachodu pojechaliśmy na kładkę o wdzięcznej nazwie Długa Łuka.
Nie ustrzegłem się popełnienia oczywistego kadru z drzewkiem, kadru, który jest tak narzucający się, że z pewnością popełnia go spora część odwiedzających Długa Łukę. W tym zdjęciu nie ma nic z bronka... no może poza tym, że prezentuje on typowy kryzys tfurczy fotografa zmęczonego prawie bezskutecznym, poszukiwaniem owego wrednego magicznego łosia. ;-)

Dlaczego Długa Łuka tak się nazywa? Tego nie wiem... że długa to przynajmniej widać poniżej, ale co to jest ta Łuka? Kładka może??? Pojęcia nie mam. W każdym razie wypadało zrobić zdjęcie. Ustawiłem kadr i wyzwoliłem... Czegoś mi jednak ewidentnie brakowało w tym zdjęciu... Tak brakowało łosia na kładce...niezwlekając zbyt długo rozgościłem się w kadrze i poprosiłem Jerza o wyzwolenie migawki...

I wróciliśmy do naszej agroturystyki.... Nastawieni na poranne łosie, ale o tym już w dalszej części relacji....
Jak zwykle już, mgły o wschodzie nie wystąpiły. Tym samym kadry wymyślone poprzedniego wieczoru zostały tylko w wyobraźni. Zawsze to coś. Tylko jak długo w niej pozostaną....Mam nadzieję, że chociaż ta relacja pozwoli mi raz na jakiś czas do nich powrócić...
Wracając do wschodu, kulka wstała taka ostra, że nawet patrzeć w jej stronę się nie chciało :-( Pozostało więc znów zawalczyć się z lodem. Zdjęcia wiosenne... tfu... Pole bitwy wyglądało mniej więcej tak:

Zacząłem od prostej, wręcz szkolnej, kompozycji na rozgrzewkę...

Potem wprowadziłem nieco bałaganu ;-)

Spróbowałem też czegoś delikatniejszego...

Tu trochę wysoki punkt widzenia, ale jakoś nie bardzo miałem ochotę się położyć...

Jeszcze tylko to zdjęcie i czas wracać na tratwę.

Jerz popłynął jeszcze kanadyjką sprawdzić co słychać w turzycach, które zostawiliśmy jakiś czas temu za sobą... Miał nadzieję na wypasy, wrócił bez sukcesów zdaje się...

W tym czasie z Sebą przygotowaliśmy tratwę do drogi. Dość szybko ruszyliśmy, bez KAWY nawet.
Podczas płynięcia podałem na chwilkę komórkę Jerzemu, z prośbą o zdjęcie, aby wysłać MMSa do Rodziny. Do relacji nawet jakość okazała się w miarę wystarczająca. Płyniemy wzdłuż rozespanej jeszcze wsi Jagłowo.

O tym co robiliśmy od zakończenia rejsu, można poczytać w naszej relacji, więc nie będę się powtarzał.
W skrócie: pakowanie tratwy na lawetę, finalne rozliczenie z Rumcajsem (pozytyw) w Kopytkowie, przejazd w okolice gdzie mieliśmy zostać jeszcze dwie noce, zakupy pieczywa i mleka w Goniądzu, śniadanko na Carskiej Drodze, mycie w zimnej ale bieżącej wodzie w agroturystyce, spanko, poszukiwania łosiów w okolicach Carskiej Drogi, zdjęcie do relacji... Nietęgie mamy na nim miny, bo z łosiami wyszło delikatnie mówiąc średnio...

Na ostatnią chwilę zachodu pojechaliśmy na kładkę o wdzięcznej nazwie Długa Łuka.
Nie ustrzegłem się popełnienia oczywistego kadru z drzewkiem, kadru, który jest tak narzucający się, że z pewnością popełnia go spora część odwiedzających Długa Łukę. W tym zdjęciu nie ma nic z bronka... no może poza tym, że prezentuje on typowy kryzys tfurczy fotografa zmęczonego prawie bezskutecznym, poszukiwaniem owego wrednego magicznego łosia. ;-)

Dlaczego Długa Łuka tak się nazywa? Tego nie wiem... że długa to przynajmniej widać poniżej, ale co to jest ta Łuka? Kładka może??? Pojęcia nie mam. W każdym razie wypadało zrobić zdjęcie. Ustawiłem kadr i wyzwoliłem... Czegoś mi jednak ewidentnie brakowało w tym zdjęciu... Tak brakowało łosia na kładce...niezwlekając zbyt długo rozgościłem się w kadrze i poprosiłem Jerza o wyzwolenie migawki...

I wróciliśmy do naszej agroturystyki.... Nastawieni na poranne łosie, ale o tym już w dalszej części relacji....
Etykiety: Biebrza, Biebrzański Park Narodowy, BPN, Fotografia, Tratwy






































