"Biebrza Trophy w obiektywie bronka" - dzień 7 i 8
Trzeba wreszcie napisać do końca tę relację, bo potem będzie po ptakach...znaczy łosiach, czyli zupełnie zapomnę...
Rano znów ruszyliśmy na Carską Drogę. I spotkaliśmy... Ciemno jeszcze było. Ustawiłem więc jakieś makabrycznie wysokie ISO... 2000 bodajże, rzadko używam takich czułości, ale co było robić. No to mam pierwszego...

A raczej pierwsze dwa....

Jakoś tak nie miałem zaufania do tego ISO 2000 i postanowiłem je obniżyć do 640, żeby szum nie był większy od samego łosia. Muszę przyznać, że jak na zdjęcie z ręki 3setką przy czasie 1/15, stabilizacja w Alfie zadziałała rewelacyjnie... To chyba mój najlepszy łoś z tego wyjazdu...

I na tym zdjęciu zakończyły się moje łosiowe prawie-sukcesy.
Po bezskutecznych poszukiwaniach kolejnych przedstawicieli tego złośliwego gatunku o garbatych nosach, postanowiliśmy zatrzymać się na chwilkę przy Długiej Łuce.
Osobiście jakoś nie miałem ochoty na normalne zdjęcia, troszkę popatrzyłem na parkę gęsi, aby potem na siłę wyzwolić to coś... tak zwany wypełniacz...

jeszcze jeden, minimalnie ciekawszy, ale wciąż tylko wypełniacz...

Pojeździliśmy jeszcze chwile za łosiami, oczywiście bezskutecznie. Potem mała przerwa na odpoczynek i znów dalsze bezowocne poszukiwania. W końcu robimy temat zastępczy - bociany...
Najpierw pstryk......oj wstyd... wstyd....

Potem znów wstyd choć nieco inny...

Zachód wystąpił w kolorach straszliwie majtkowo-różowych. Jakoś nie mogłem znaleźć kadru, który by mnie zadowolił... same kompromisy jakieś.... najpierw kompromis pionowy, troszkę się nad nim namęczyłem.... ale co z tego wynika? Nic... nadal to tylko kompromis... a jeszcze jaki kompromis, uświadomiła mi to dopiero konieczność konwersji do sRGB, po której kolory jakoś tak przygasły...

Wersja pozioma.

I tymi różowymi gaciami, kończy się mój ostatni wieczór nad Biebrzą.
Następnego dnia wystąpił już tylko wschód a po nim długa droga do Poznania. Do domu.
O wschodzie zrobiłem nawet 2 zdjęcia, z których jestem zadowolony. Tak właściwie to jedno zdjęcie, ale w wersji poziomej i pionowej. Osobiście wyjątkowo wolę pion. I tym razem nie był on wymuszony ale jakoś tak naturalnie mi przypasił. Dla tego zdjęcia warto było wstawać rano.

Potem był ciąg dalszy poszukiwań łosi. Uparłem się, że znajdę! Jerzy ustąpił i skupił się na baziach. Seba ustąpił i skupił się na pierzu... dostał wypasa... a ja jeździłem w te i z powrotem po Carskiej Drodze... aż w końcu zobaczyłem... garbonosego gada... a tak właściwie to raczej jego uszy zobaczyłem... niewiele pomogło wejście na dach Focusa, aby zobaczyć resztę gadziska... ;-)

W końcu ustąpiłem, czas był wracać... Jeszcze tylko mały przystanek nad Narwią, aby zrobić zdjęcie tego rozkraczonego ptaszydła... Wiem... wiem... ale nie mogłem się powstrzymać.. ;-)

Aaaaa!!!! Jak dopadnę tego co mi tę butelkę, w kadr wsadził, to mu podobną o głowę roztrzaskam!
KONIEC.
Rano znów ruszyliśmy na Carską Drogę. I spotkaliśmy... Ciemno jeszcze było. Ustawiłem więc jakieś makabrycznie wysokie ISO... 2000 bodajże, rzadko używam takich czułości, ale co było robić. No to mam pierwszego...

A raczej pierwsze dwa....

Jakoś tak nie miałem zaufania do tego ISO 2000 i postanowiłem je obniżyć do 640, żeby szum nie był większy od samego łosia. Muszę przyznać, że jak na zdjęcie z ręki 3setką przy czasie 1/15, stabilizacja w Alfie zadziałała rewelacyjnie... To chyba mój najlepszy łoś z tego wyjazdu...

I na tym zdjęciu zakończyły się moje łosiowe prawie-sukcesy.
Po bezskutecznych poszukiwaniach kolejnych przedstawicieli tego złośliwego gatunku o garbatych nosach, postanowiliśmy zatrzymać się na chwilkę przy Długiej Łuce.
Osobiście jakoś nie miałem ochoty na normalne zdjęcia, troszkę popatrzyłem na parkę gęsi, aby potem na siłę wyzwolić to coś... tak zwany wypełniacz...

jeszcze jeden, minimalnie ciekawszy, ale wciąż tylko wypełniacz...

Pojeździliśmy jeszcze chwile za łosiami, oczywiście bezskutecznie. Potem mała przerwa na odpoczynek i znów dalsze bezowocne poszukiwania. W końcu robimy temat zastępczy - bociany...
Najpierw pstryk......oj wstyd... wstyd....

Potem znów wstyd choć nieco inny...

Zachód wystąpił w kolorach straszliwie majtkowo-różowych. Jakoś nie mogłem znaleźć kadru, który by mnie zadowolił... same kompromisy jakieś.... najpierw kompromis pionowy, troszkę się nad nim namęczyłem.... ale co z tego wynika? Nic... nadal to tylko kompromis... a jeszcze jaki kompromis, uświadomiła mi to dopiero konieczność konwersji do sRGB, po której kolory jakoś tak przygasły...

Wersja pozioma.

I tymi różowymi gaciami, kończy się mój ostatni wieczór nad Biebrzą.
Następnego dnia wystąpił już tylko wschód a po nim długa droga do Poznania. Do domu.
O wschodzie zrobiłem nawet 2 zdjęcia, z których jestem zadowolony. Tak właściwie to jedno zdjęcie, ale w wersji poziomej i pionowej. Osobiście wyjątkowo wolę pion. I tym razem nie był on wymuszony ale jakoś tak naturalnie mi przypasił. Dla tego zdjęcia warto było wstawać rano.

Potem był ciąg dalszy poszukiwań łosi. Uparłem się, że znajdę! Jerzy ustąpił i skupił się na baziach. Seba ustąpił i skupił się na pierzu... dostał wypasa... a ja jeździłem w te i z powrotem po Carskiej Drodze... aż w końcu zobaczyłem... garbonosego gada... a tak właściwie to raczej jego uszy zobaczyłem... niewiele pomogło wejście na dach Focusa, aby zobaczyć resztę gadziska... ;-)

W końcu ustąpiłem, czas był wracać... Jeszcze tylko mały przystanek nad Narwią, aby zrobić zdjęcie tego rozkraczonego ptaszydła... Wiem... wiem... ale nie mogłem się powstrzymać.. ;-)

Aaaaa!!!! Jak dopadnę tego co mi tę butelkę, w kadr wsadził, to mu podobną o głowę roztrzaskam!
KONIEC.
Etykiety: Biebrza, Biebrzański Park Narodowy, BPN, Łoś








